249 views, 11 likes, 14 loves, 1 comments, 1 shares, Facebook Watch Videos from Hipciowe Przedszkole: #Wszystkiegrupy Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła! Szczypie w nosy, szczypie w uszy Mroźnym śniegiem w
Hu hu ha, nasza zima zła - my się zimy nie boimy, bo cieplutkie czapki nosimy! :) Oferujemy na sprzedaż ciepłe, ręcznie robione na drutach czapki. Czapki wykonane są z włóczek będących mieszanką akrylu i wełny. Są barwne, w intensywnych kolorach i na pewno w sympatyczny sposób ożywią zimowe odzienie wierzchnie.
Tekst piosenki i chwyty na gitarę. Trudność: Początkujący. Strojenie: klasyczne (E A D G H e) Hu! hu! ha! Hu! hu! ha! Nasza zima zła! Szczypie w nosy, szczypie w uszy, Mroźnym śniegiem w oczy prószy, Wichrem w polu gna!
Kiedy w kalendarzu zima, a za oknem brakuje upragnionego przez dzieci śniegu – klasa III a znalazła na to sposób…..17.01.2023 r. w sali widowiskowej odbyło
Poszła Karolinka do Gogolina. 5.00 zł – 12.00 zł. Nuty do „Poszła Karolinka do Gogolina”, śląskiej pieśni ludowej, która jest oficjalnym hejnałem Gogolina (niewielkiego miasta niedaleko Opola). Także postaci Karolinki oraz Karliczka stały się elementem herbu gminy Gogolin. Wersja.
„Zła zima” Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła! Szczypie w nosy, szczypie w uszy Mroźnym śniegiem w oczy prószy, Wichrem w polu gna! Nasza zima zła! Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła! Płachta na niej długa, biała, W ręku gałąź oszroniała, A na plecach drwa Nasza zima zła! Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła! A my jej się nie boimy, Dalej
50 samochodów i 100 furmanek. Kolejna „zima stulecia” nawiedziła Polskę i Kraków w styczniu i lutym 1963 r. Kraj przykryła gruba warstwa śniegu. 19 stycznia nad ranem w Płocku odnotowano minus 35,6 st. W nocy z 12 na 13 stycznia w Jabłonce na Orawie było minus 31 st., a w Krakowie „tylko” minus 22.
zdM1. zapytał(a) o 19:20 Hu, hu, ha nasza zima zła Muszę zaśpiewać piosenkę hu, hu, ha nasza zima zła, na muzyce, ale nie mogę znaleźć tekstu piosenki...dacie mi tekst piosenki, nie stronę, tylko tekst. Muszą być 3 zwrotki...Z góry dziękuję..: )) Mam jakąś zrytą muzykę, będę musiała solówkę śpiewać...trzymajcie kciuki..:)) xdd Ostatnia data uzupełnienia pytania: 2012-02-20 19:38:57 Odpowiedzi Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!Szczypie w nosy, szczypie w uszyMroźnym śniegiem w oczy prószy,Wichrem w polu gna!Nasza zima zła!Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!Płachta na niej długa, biała,W ręku gałąź oszroniała,A na plecach drwa...Nasza zima zła!Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!A my jej się nie boimy,Dalej śnieżkiem w plecy zimy,Niech pamiątkę ma!Nasza zima zła!Prosze. ;) Majka xp odpowiedział(a) o 19:22 Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!Szczypie w nosy, szczypie w uszyMroźnym śniegiem w oczy prószy,Wichrem w polu gna!Nasza zima zła!Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!Płachta na niej długa, biała,W ręku gałąź oszroniała,A na plecach drwa...Nasza zima zła!Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!A my jej się nie boimy,Dalej śnieżkiem w plecy zimy,Niech pamiątkę ma!Nasza zima zła! Uważasz, że ktoś się myli? lub
Hu hu ha, nasza zima zła ... Jaka tam zima, zamiast śniegu jest śnieg z deszczem, zimno, plucha, zawierucha. Postraszyła marnym śniegiem i się roztopiła. Buty mi przemokły, z resztą nie tylko mi, w pracy połowa dziewczyn chodziła w samych skarpetkach - taka nowa moda biurowa ;) Brr... nie lubię takiej pogody i czekam na wiosnę hihi. Co prawda do kalendarzowej zimy jeszcze daleko a ja "na ocieplenie klimatu" już teraz zrobiłam kilka zimowych (jeszcze nie świątecznych) ozdób. Szydełkowy bałwanek zamieszkuje nasz parapet. Jest milutki i cieplutki :) Ciekawe, kiedy uda nam się ulepić prawdziwego bałwana? Koszyczek nr 1 z ostrokrzewem - mam nadzieję, że te moje twory choć trochę wyglądają jak ostrokrzew ;) Koszyczek nr 2 z serduszkami - w sumie chyba bardziej walentynkowy niż zimowy, właściwie to może być całoroczny. Dzieci szybko znalazły zastosowanie dla koszyczka. Wrzucają do niego skarby jesieni, które znajdują na spacerach.
Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła! Szczypie w nosy, szczypie w uszy Mroźnym śniegiem w oczy prószy, Wichrem w polu gna! Nasza zima zła! Maria Konopnicka Może nawet nie taka zła tylko bardzo mroźna i wietrzna. Z tego też powodu 'odkopałam " z zakamarków szafy moje druty, włóczki i zabrałam się do robiłam na drutach ok. 15 lat, ale to nic - tego się nie zapomina. Ponieważ moja córka dojeżdża do pracy (komunikacją miejską) więc zrobiłam dla niej chustę w liście zapięta do blokowania - gotowej nie zdążyłam sfotografować, bo wczoraj córka była i już ją zabrała. Zbliżenie wzoru na blogu Antoniny znalazłam informację o tym, że wracają do mody kominy (pamiętam je sprzed lat) - to jest świetna sprawa: elegancko i ciepło - a wśród nich wypatrzyłam coś nowego: przekręcony golf. Poczytałam na blogu pooglądałam filmiki z instruktażami Postanowiłam, że właśnie taki zrobię córce (z pewnością się ucieszy) i zabrałam się do dziania. W końcu jednak zrobiłam po swojemu - nie wg instrukcji tylko nabrane oczka zamknęłam w koło przekręcając je. A tak wygląda golfik I tak dzianie zajęło mi cały ubiegły tydzień i weekend - zależało mi, żeby te prace skończyć do weekendu, bo wiedziałam, że córka z zięciem przyjadą na urodziny męża więc sobie zabierze. Skończyłam też kwadracik z samolotem i dziś wesoły samolocik wyruszył w podróż. Tak więc znów dołączam do Titanii i jej 26 Twórczego weekendu . Od Sashy z Moskwy dostałam pocztówkę z takimi słodkimi kociakami moja Kiciata wyglądała dokładnie tak samo kiedy była taka malutka, a teraz to duża kocica.
Początek wiersza Marii Konopnickiej przypomniał mi się w niedzielę, gdy śledziłem konkurs skoków narciarskich w Lillehammer. Początek wiersza Marii Konopnickiej przypomniał mi się w niedzielę, gdy śledziłem konkurs skoków narciarskich w Lillehammer. A właściwie: „Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!” moglibyśmy sobie śpiewać przez cały weekend. Nie da się ukryć - pierwsze zawody z cyklu Pucharu Świata Polakom nie wyszły. Justyna Kowalczyk nie kryła, że trasa w szwedzkim Gaellivare nie należy do jej ulubionych. Z nudów na treningu zaczęła liczyć zakręty - na pięciokilometrowej trasie wyszło jej 31. A więc w sobotę, na dziesięciokilometrowym biegu musiała skręcać aż 62 razy. A ponieważ nie lubi takich warunków, można było w ciemno stawiać, że wypadnie przeciętnie. Choć 27. lokata nie powinna się przytrafić zawodniczce ze ścisłej światowej czołówki. Mimo wszystko jednak Justynę podziwiam - właściwie w swojej dyscyplinie osiągnęła już wszystko - ma mistrzostwo olimpijskie, mistrzostwo świata, Puchary Świata - naprawdę trzeba docenić to, że znajduje motywację do żmudnych i ciężkich treningów. A trenuje przecież albo w samotności, albo otoczona samymi facetami - trenerem, serwismenami itd. Z pewnością łatwiej jest naszym skoczkom narciarskim. Oni są w grupie, a to ktoś rzuci żart, ktoś ma imieniny, ktoś zaliczy lepszy występ - przynajmniej coś się dzieje i jest wesoło. Przynajmniej na treningach i zgrupowaniach. Bo na pierwszych turniejach Pucharu Świata w Lillehammer już wesoło, niestety, nie było. Podobnie jak Kowalczyk, nasi zawodnicy zaliczyli falstart. Na razie więc polscy sportowcy zimą kibiców nie rozpieszczają. Pozostaje nam jedynie wiara w to, że to tylko złe miłego początki. I że gorzej już chyba nie będzie.
Jestem dzieckiem miasta. Zawsze byłam. W Rudawie mieszkamy dopiero cztery i pół roku, i ja stopniowo uczę się tego wiejskiego życia. Tego, że pod żadnym pozorem nie należy pracować w niedzielę. Tego, że plewienie od wiosny do jesieni to nie jest fanaberia i relaks tylko konieczność. Tego, że odpadki organiczne niesie się na koniec sadu do kompostownika. Tego, że od lata do jesieni codziennie robi się przetwory (jednak darów Bożych nie należy marnować). Tego, że w zimie dzień zaczynam od rozpalenia w piecu (mamy piece kaflowe). Tego, że w zimie na noc ściąga się rurę od piecyka gazowego w łazience. To już jest dla mnie zupełnie naturalne, i robię to bez specjalnego zastanawiania się nad tymi czynnościami. Po prostu tak trzeba. Ale po pierwsze – jeszcze sporo nauki przede mną, a po drugie – nie zawsze tak było. Musiałam się tego nauczyć, i ta nauka trochę kosztowała. Nerwów przede wszystkim:) Pierwsza zima w Rudawie. Pewnego ranka cztery lata temu, obudziłam się, poszłam do łazienki w celu wiadomym, i okazało się, że nie ma wody. Zaniepokojona obudziłam Piotrka i przedstawiłam mu problem. Też się zaniepokoił. I słowo to oddaje pełnię uczuć, jakie mu towarzyszyły, ale tylko do momentu zejścia do przyziemia i zorientowania COtak naprawdę się stało. A stało się źle i spektakularnie. Zamarzła nam pompa wodna. Bardzo mało komfortowa sytuacja, ale zwalczyć ją trzeba. Poleciałam migiem po sąsiada, który jest specjalistą od pomp, i człowiek kazał tę pompę odmrozić. Puścić na nią ciepłe powietrze – farelką albo innym grzejnikiem – i jeżeli pompa się nie spaliła, to będziemy mieć wodę za niedługą chwilę. Tak właśnie zostało uczynione, i ku naszej ogromnej uldze, okazało się, że pompa spalona nie jest. Po czterdziestu minutach mieliśmy wodę:) Wydawało nam się, że kryzys został zażegnany. Jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że pompa co prawda odmarzła, ale wody jak nie było – tak nie ma. Dokładniej ciepłej wody, bo zimna (LODOWATA) z kranu leciała. Nie wiedzieć czemu, nie chciała lecieć w toalecie. Hmmm, zastanowiło nas to, ale podeszliśmy do tego z ciekawością badaczy, i postanowiliśmy niezwykłe zjawisko poobserwować, by na przyszłość znać jego przyczyny. No i poznaliśmy!! W sposób szalenie spektakularny. Mianowicie w pewnym momencie z piecyka gazowego prosto na ścianę zaczęła wściekle pod sporym ciśnieniem lać się woda! Piotrek wykonał skok do przyziemia i zakręcił główny zawór wodny. Konflikt został zażegnany, ale nie wiedzieliśmy, co też spowodowało efektowny acz mało pożądany gejzer. Szybki telefon do wujka hydraulika i jeszcze szybsza jego diagnoza: „Nagrzewnicę wam szlag trafił. Musicie ją zespawać”. OK – trzeba to trzeba; wyruszyliśmy na poszukiwanie spawacza urządzeń CO, wod-kan, gaz, i udało się go szybko znaleźć. Nagrzewnica została zaspawana. Piotrek zamontował ja do piecyka, i po dłuższej chwili historia się powtórzyła. Poszliśmy po rozum do głowy. Okazało się, że wylot komina od piecyka łazienkowego jest bardzo krótki, i po prostu cofające się mroźne powietrze powoduje to, że woda zebrana w rurkach nagrzewnicy zamarza, po zamarznięciu – zgodnie z prawami fizyki – zwiększa swoją objętość i rurka pęka. Oczywiście my nic o tym nie wiemy, bo w nagrzewnicy trwa sobie niewzruszenie zgrabny sopel. Ale trwa tylko do czasu, kiedy odkręcimy kurek z ciepłą wodą. Wtedy zapala się gaz, ogień szybko sopelek rozmraża i gejzer na ścianie gotowy:) Po zrozumieniu tej prostej zależności, nabraliśmy obyczaju ściągania na noc w zimie rury od piecyka i zatykania dziury ręcznikiem:) Ale…to był tylko jeden problem. Drugi był taki, że mimo naszych najszczerszych chęci nie byliśmy w stanie spowodować tego, żeby woda z umywalki i wanny spływała do odpływu. Po zorientowaniu sprawy w przyziemiu, okazało się, że resztki wody, które pozostały w rurach odpływowych zamarzły również i w związku z tym, woda nie była w stanie spłynąć. Skutecznie zatrzymywał ja lodowy czop. Na szczęście były to tylko resztki wody, więc zamarzając zwiększyły, i owszem, swoja objętość, ale nie rozsadziły nam rur:) Hurra:) Zdemontowaliśmy odpływ i przy pomocy suszarki do włosów jęłam rozmrażać bryły lodu wewnątrz rur odpływowych. Udało się, ale powstał w naszych głowach problem. Przecież jeżeli zamarzło raz, to zamarznie ponownie. Co robić? Rozwiązanie okazało się proste:) Ociepliliśmy sufit pod łazienką (ten w przyziemiu) dwudziestocentymetrowym styropianem, uprzednio rzeźbiąc w nim piękne bruzdy pod nasze urządzenia hydrauliczne. Sposób się sprawdził i działa do dziś:) Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że to był koniec naszych kłopotów tego dnia. Nie wiedzieć czemu, ale w dalszym ciągu nie było wody w spłuczce do muszli. Pompa – już rozmarznięta – chodziła, woda była (nawet ciepła), odpływ w wannie i umywalce działał, a w toalecie wciąż nie było wody! Wyjaśnienie okazało się proste, ale i z lekka przerażające. Otóż…zamarzła rurka doprowadzająca wodę do toalety, a biegnąca w zewnętrznej, nieocieplonej ścianie domu. Pozostało spłukiwanie ręczne. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że miałam wtedy w domu dwóch maluchów sikających jak najęci (trzeci też sikał, ale że nie miał jeszcze roku, więc robił to w pieluszki), i za każdym razem trzeba było to wiaderko napełnić i po malcu spłukać. Rozmarznięcie zajęło rurce dokładnie trzy tygodnie. Jeżeli myślałam, że to już wszystko, co może mnie spotkać w związku z mrozami ze strony naszej łazienki, to byłam w błędzie! Mianowicie ta sama rurka, która doprowadzała wodę do spłuczki, doprowadzała ją też do pralki. Efekt? Przez trzy tygodnie w środku zimy nie miałam pralki, tylko martwego trupa w kącie łazienki. A w domu trójkę małych dzieci, które brudziły wszystko tak, jak to tylko małe dzieci potrafią robić. Efekt? Trzy tygodnie prania wszystkiego w rękach. Po pięciu osobach, w tym trójce dzieci. Wrogowi nie życzę. Kiedy uporaliśmy się już z reanimacją urządzeń sanitarnych, które w tym dniu dało się reanimować (a zajęło nam to dokładnie cały dzień), dowiedzieliśmy się od znajomych, że w nocy u nas na wsi było minus dwadzieścia siedem stopni. Zimno! Od tamtego momentu – mimo, że pompę mamy już inną, a i przyziemie jest bardziej uszczelnione – pozostał nam taki głupi nawyk, że wszystkie rurki wodne przy pompie są czule obwiązane ciepłymi szalikami:) Inna sprawa, że przy takim mrozie, zdjęcia wychodziły mi przepiękne. Jedne z najładniejszych, jakie w życiu zrobiłam. A robiłam je codziennie prowadząc dzieci do szkoły i przedszkola. (Dokładniej to wracając po zaprowadzeniu dzieci, których było mi zwyczajnie żal. Kiedy rano maszerowaliśmy przy piętnastu stopniach mrozu, to nawet wazelina na buziach nie pomagała, i młodzież dochodziła do przedszkola i szkoły zamarznięta, ze łzami w oczach i z bolącymi twarzami). Po tamtej zimie każdą kolejna uważałam za łagodną… raczej. Śnieżne były – i owszem – ale łagodne. PS. Za oknem towarzyszy mi przepiękny wschód słońca. Tu, na wsi są przepiękne. Dużo ładniejsze od zachodów, które też są obłędne. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Na przykład możliwość obejrzenia przepięknego wschodu słońca:) Fotka: jedno z porannych zdjęć zrobionych w czasie tamtej pamiętnej zimy:)
hu hu ha nasza zima zła nuty na flet